Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rdza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rdza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2009

Zdjęcia "dopieszczonej tsuby"

Wiem, że niestety nie udało się uchwycić efektu blasku, który w poprzednim poście tak wychwalałem... Mam nadzieję, że nie tylko ja, jako jedyny, widzę różnicę między "dopieszczoną" a "niedopieszczoną" tsubą. W każdym razie proszę żebyście zwrócili uwagę na różnicę w kolorze - tsuba z lewej jest zecydowanie ciemniejsza (w rzeczywistości kolor jest czarny). A może na powiększeniu fragmentu widać o co chodzi z tym moim "blaskiem"? Zaznaczam, że tsuba ta została dokładnie oczyszczona z tłuszczów czy wosku, a następnie usunąłem z niej większość rdzy. Jeśli widzicie, że się błyszczy, to jest to efekt tylko i wyłącznie tarcia o tkaninę. 


poniedziałek, 16 listopada 2009

Pierwsze efekty dopieszczania żelaznej tsuby - hurra!

Pamiętacie zapewne mój post o tsubie z katalogu Haynes'a? Chodziło o niewielką, żelazną tsubę sukashi z motywem wachigai. Jakiś czas temu wszedłem w jej posiadanie, okazało się zresztą, że nabyłem ją od przyjaciela samego Boba Haynes'a - naprawdę poczułem się jakbym otarł się wielki świat ;-) Oczywiście tsuba nie wyglądała najlepiej - spore połacie rdzy szpeciły jej wygląd, całe szczęście, że nie było większych wżerów. Z wigorem wziąłem się za zabiegi konserwacyjne - mrożenie, odmrażanie, skrobanie kością. Spędziłem nad nią sporo czau, większość rdzy usunąłem, ale tsuba nadal wyglądała jakoś tak "bez życia" i mało atrakcyjnie. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę - włożyłem więc stare jeansowe portki i zacząłem ten szlachetny przedmiot w dosyć bezceremonialny sposób o owe portki wycierać. Tsuba rozgrzewała się, ja tarłem jak szalony, aż w końcu z portek zaczęły lecieć puchowe drobinki startego płótna wbijając się w zakamarki żelaznego ażuru. Całe szaleństwo nie trwało zbyt długo, zaledwie jeden wieczór. Dłonie miałem od tego tarcia pokryte jakimś żelazistym, ciemnym i błyszczącym nalotem, który zresztą dał się bez trudu zmyć. Powiecie pewnie, że zachowałem się jak gbur, łamiąc wszelkie zasady etykiety i traktując ten szacowny przedmiot, będący obiektem doznań estetycznych i badań historycznych, w tak niegodny sposób. Pewnie macie rację, ale... tsuba zabłysła nowym blaskiem! Niesamowite jak zmieniło się to stare żelazo (zapewniam, że nie jest niebieskie od jeansów)... Użyłem słowa "blask" i naprawdę ta tsuba teraz błyszczy, w piękny, głęboki sposób, charakterystyczny dla starej patyny na żelazie (w niczym nie przypomina to błyszczenia cienkiej warstwy tłuszczu). Żelazo ma teraz głeboki odcień czerni, taki jak opisują luminarze tacy jak Sasano czy Terigoye. Tsuba wygląda wprost wspaniale! Mam nadzieję, że uda mi się to uchwycić na zdjęciu - proszę o odrobinę cierpliwości, muszę poczekać na dobre światło. Jedyna rzecz, która mnie jeszcze trapi, to to, jak ta "jeansowa" metoda sprawdzi sie na tsubie z inkrsutacjami. Może wygrzebię ze swych zbiorów jakąś słabszą tsubę z zogan z metali kolorowych i spróbuję? Wiem, że w najlepszym przypadku inkrustacje stracą patynę, ale szczerze mówiąc to tak naprawdę boję się jedynie ich uszkodzenia, bo patyna na miedzi czy srebrze czy shakudo sama wróci... Gdy się już przełamię, dam Wam znać o efektach. Tymczasem serdecznie pozdrawiam i... do następnego postu :-)

czwartek, 22 października 2009

Ciekawa tsuba i jej renowacja - cz. 1


Obiecałem opisać pewną ciekawą tsubę. Kupiona u solidnego dealera jest dosyć ciekawym egzemplarzem - choć wydaje się pochodzić z XVIII lub nawet XIX wieku, mocno przypomina ko-katchushi. Jest bowiem bardzo cienka (2,5 mm w nakago ana), ma bardzo delikatną aplikację z metali kolorowych i atrakcyjny, zawijany brzeg (dote mimi). Na zdjęciach dealera wyglądała wspaniale - w rzeczywistości też okazała się wspaniała (robiona z tamahagane, widać jakość tego żelaza) ma też tekkotsu, ale niestety... po oczyszczeniu jej z  cieniutkiej warstyw olejku czy wosku okazało się, że na płytce jest sporo rdzy. Wyszły też ślady przygotowania gruntu do zogan - to te delikatne nacięcia powierzchni w okolicy aplikacji (zdj. 2 i 3). 

Poniżej zdjęcia: zdj. 1 pochodzi od dealera, zdj. 2 zrobiłem po zdjęciu olejku plus wstępnej obróbce kością, a zdj. 3 gdzieś w połowie pracy nad awersem (jest to nb skan. djęcie nr 2 wygląda dosyć strasznie, prawda? Obecnie tsuba jest już w lepszym stanie - awers został prawie całkowicie oczyszczony, pozostał jeszcze tylko rewers. Potem już tylko kilka miesięcy pocierania szmatką i dalsze kilka miesięcy żeby aplikacje ponownie spatynowiały. Mówiąc inaczej - doprowadzę ją  z powrotem do stanu wizualnego takiego jaki widać na zdjęciu dealera :-) Po co zatem było zaczynać renowację, skoro tsuba będzie wyglądać tak samo jak na początku? Po to, aby niewidoczna, ale aktywna rdza nie zjadła tej tsuby i żeby mogły się nią cieszyć następne pokolenia miłośników nihonto (nb moja córka bardzo lubi i szanuje tsuby). 

Nota bene na zdjeciach widac, że wyglądające całkiemi niewinnie wżery mogą zawierać sporą ilość aktywnej rdzy. Należy więc dopytać się o stan przed zakupieniem o stan tsuby. 

Co do zdjęć - jak widać, jeśli się nie ma naprawdę dobrego skanera, to chyba lepiej korzystać z aparatu fotograficznego i robić zdjęcia makro. 

Niedługo (czyli za jakiś rok ;-) napiszę o dalszej części prac i zamieszczę zdjęcia końcowego wyniku renowacji. Albo też sięgne do Photoshopa i tsuba będzie wyglądać znakomicie bez całego tego trudu ;-)

1. Tsuba na zdjęciu dealera
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...

2. Tsuba po testowej obróbce (zdj. makro) 
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...

3. Tsuba po pierwszej fazie obróbki (skan)
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...

wtorek, 13 października 2009

Pielęgnacja żelaznej tsuby. Cz. 1


Każdy miłośnik tsuby zetknął się z zardzewiałą tsubą. I chyba każdego z nas bardzo kusiło, aby tę rdzę usunąć i przywrócić tsubie dawny "blask". Jak to zrobić? Jak zwykle, odpowiedzi jest kilka, ale zacznę od tego, co oczywiste: nigdy nie należy tsuby czyścić tak aby naruszyć patynę, która jest pod rdzą. Oznacza to absolutny zakaz używania materiałów ściernych, jak również, co chciałbym szczególnie podkreślić - chemikaliów. Chciałbym zakaz ten wyrazić w zrozumiałym nawet dla kogoś, kto niekoniecznie jest estetą argumencie: zlikwidowanie patyny oznacza drastyczny spadek wartości tsuby! I nie ma co się łudzić - domowe sposoby przywracania patyny nie przywrócą tsubie ani jej piękna, ani wartości. 

Nie wnikając w chemię, przyjmijmy tu uproszczona terminologię (idąc za przykładem Sasano) - czerwona rdza to aktywne, "pożerające" żelazo tlenki stali (głównie trójtlenek żelaza), a czarna rdza to tetratlenek triżelaza, czyli magnetyt. Czarna rdza chroni tsubę przed korozją, czerwona rdza ją niszczy. 

Czarna rdza jest wysoce pożądaną patyną - również z punktu widzenia estetyki; ma ona głeboki odcień: od czerni poprzez ciemny brąz aż do purpury. Tsuba z dobrą patyną to przedmiot, który każdy kolekcjoner powinien zobaczyć i starannie przestudiować - jej wewnętrzny, głeboki blask różni się zasadniczo od martwego połysku jaki daje tsubie warstwa oleju czy też wosku. Dlaczego nie należy (z wyjatkiem nielicznych przypadków) polegać ani na oleju ani na wosku wyjaśnię za chwilę.

Co zatem zrobić gdy nasza tsuba ma na powierzchni rdzę? Najważniejsza uwaga: nie mylić rdzy z patyną! Wielu kolekcjonerów w swej nadgorliwości usiłuje "odnowić" tsubę - z reguły z opłakanym skutkiem. Najlepiej zastosować zasadę, że w razie wątpliwości należy po prostu zostawić tsubę w spokoju. Jeśli jednak faktycznie widzimy czerwoną rdzę, to stosujemy drugą zasadę: nie spieszyć się! Tsuba z pewnością nie zmieni się w kupkę rdzy w ciągu kilku miesięcy czy nawet lat, a nadmierny pośpiech i wszelkiego rodzaju metody "na skróty" mogą doprowadzić do uszkodzenia tsuby. Pamiętajmy - patyna stanowi dużą część wartości tsuby, a im jest starsza, tym piękniejsza.

Zacznijmy od zakazów. Do usuwania czerwonej rdzy nie używamy nigdy:
- szczotek metalowych
- papieru ściernego, czy innych materiałów ściernych
- narzędzi wykonanych z jakiegokolwiek, nawet miękkiego metalu lub stopu (np. miedzi czy mosiądzu)
- plastiku
- kwasów lub innych chemikaliów
- oleju jakiegokolwiek rodzaju (z pewnymi wyjątkami)


Rozpoczynamy konserwację. Osoby ze słabszymi nerwami proszę o zażycie jakiegoś środka uspokajającego, bo to co zobaczymy będzie naprawdę przerażające. Nasze pierwsze zadanie to oczyszczenie tsuby z różnych niepożądanych "dodatków", takich jak tłuszcz, wosk, herbata, kawa, brud czy też (niestety to też się zdarza) pasta do butów. A zatem staranie myjemy tsubę w ciepłej wodzie z dodatkiem zwykłego mydła. Na tym etapie nie musimy wybierać mydła - wystarczy zwykłe toaletowe. Nie używamy szczotek, chyba że czystej, nigdy nieużywanej szczoteczki do zębów (w starej mogą być cząsteczki pasty do zębów). Alternatywnie (a można też dodatkowo) gotujemy tsubę w emaliowanym naczyniu w wodzie destylowanej (lepiej, żeby minerały obecne w zwykłej wodzie nie osadzały sie na metalu). Wyjmujemy tsubę z kąpieli i... klniemy w żywy kamień, że posłuchaliśmy tego nieodpowiedzialnego idioty, który doradził nam taki sposób konserwacji!

Tsuba (o ile nie była przedtem w świetnym stanie) powinna teraz wyglądać wprost okropnie. Trzymamy bowiem w ręku nie piękny element oprawy japońskiego miecza, ale pordzewiałą, żelazną płytkę, matową i... bardzo, ale to bardzo brzydką. Na taki widok można się rozpłakać, nie będzie wstydu.

W dalszej części tego swoistego manuala konserwacji tsuby dowiemy się dlaczego tsuba lubi bawić sie w mrożonkę i dlaczego warto kupić u rzeźnika antrykot. Do usłyszenia :-)