Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tsuba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tsuba. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2011

Tsuba - kontekst historyczny (punkt widzenia kolekcjonera)


Ostatnio obserwowałem ciekawą dyskusję kilku kolekcjonerów na temat tego czy okres, w którym tsuba została wykonana jest ważny. Dyskusję wywołała tsuba, której zdjęcia zamieszczam (wraz z podobną tsuba z książeczki Sasano). Tsuba na zdjęciach została wykonana w środkowym okresie Muromachi - w zdobiących ją motywach widać modne na przełomie XV i XVI wieku wpływy chińskie. 

Kilku kolekcjonerów stwierdziło, że "obsesja" na punkcie wieku nie ma sensu, ponieważ znakomite tsuby wykonywano w każdym okresie. Choć jest to prawdą, to jednak pomyślałem sobie, że jeśli ktoś zbiera np. malarstwo średniowieczne, to niekoniecznie musi chciec kupić obraz wykonany w okresie baroku. Tak więc nasuwa się nam kwestia kontekstu historycznego, jakże ważnego dla mieczy japońskich i ich opraw, w tym tsub.

Mój przyjaciel i mentor - Steve Waszak (z którym korseponduję od lat i który miał wielki wpływ na mój gust i poglądy w kwestii tsub) wypowiedział się niedawno w tej kwestii. Za jego zgodą niniejszym przytaczam tę wypowiedź:

"Niestety zupełnie nie zgadzam się z kolegami w kwestii okresu wykonania, który jakoby nie ma znaczenia. Tsuba to nie jedynie ładna płytka z metalu, tak jak sugerowałyby to tego rodzaju wypowiedzi. Tsuby są wyrazem określonej wrażliwości związanej z poglądami na temat estetyki, filozofii, polityki, z religią i z szeroko rozumianą kulturą istniejącymi w określonym  miejscu i czasie. Wyrastają z tego kontekstu i stają się jego wyrazem. 

No coż... dla wielu z nas powodem dla którego preferujemy tsuby z okresów poprzedzających okres Edo, jest fakt, że był to czas w którym bushi byli wojownikami. Od późnego XVII wieku, samuraje stali się dobrze odżywionymi, zmanierowanymi biurokratami, a nie wojownikami. Tsuby wykonane w okresie Edo stały się de facto rodzajem męskiej biżuterii. Wzrost znaczenia i wreszcie ekonomiczna supremacja klasy mieszczańskiej spowodowała, że to gust bogatych mieszczan dyktował wzornictwo tsub, a nie spartańska i głeboko filozoficzna wrażliwość samurajów. 

Gdy zatem patrzymy na tsuby wykonane w XVIII wieku, widzimy delikatnego, słabego i ślicznego "Rolexa", który co prawda jest precyzyjnie wykonany, ale któremu brak głębi i substancji. Nie chcę przez to powiedzieć, że w okresie Edo nie stworzono znakomitych tsub, ale są one wyjątkiem.

Jednym z powodów dla których jestem tak mocno skoncentrowany na dziełach z okresu Momoyama, jest fakt, że był to okres, w którym świadomość estetyczna buke stała się pożywką dla wspaniałego talentu ludzi takich jak Yamakichibei, Hoan, Nobuiye, Kaneie czy Umetada Myoju. To nie przypadek, że tych pięć warsztatów/artystów pojawiło się w tym samym okresie około pięćdziesięciu lat, ani to, że okres ten obejmuje z grubsza lata 1570-1620. Nie jest też przypadkiem, że ich dzieła powstawały w czasie, kiedy ogromną popularnością cieszyła się ceremonia herbaty, a Sen no Rikyu czy Furuta Oribe mieli ogromny wpływ na panujących (zarówno Oda Nobunaga jak i Toyotomi Hideyoshi byli entuzjastami ceremonii herbaty).

Komentarze kolegów są pozbawione podstaw i niestety płytkie. Faktem jest, że kontekst historyczny i kulturowy liczy sie ogromnie,  zatem czas i kultura, w których dany przedmiot został stworzony - szczególnie przedmiot tak silnie jak tsuba powiązany z elitą wojowników - mają kluczowe znaczenie."

Co sądzicie o tej interesującej wypowiedzi?





niedziela, 15 maja 2011

Powtarzalność motywów na tsubach


Jak wiadomo motywy na tsubach lubią się powtarzać. Zdarza się, że motyw ulega z czasem uproszczeniu. Tak jest w przypadku dwóch prezentowanych tu tsub, wykonanych - jak sądzę - w odstępnie co najmniej stu lat.

Poniżej przedstawiam tsubę ko-Shoami (kolekcja Richarda Turnera), z późnego okresu Muromachi lub Momoyama. Piękny, bardzo delikatny ażur i wydłużona seppa-dai przywodzą na myśl tsuby Kyo, nie można więc wykluczyć, że to dzieło szkoły Kyo-Shoami.

Tsuba przedstawia chmury i pioruny, można więc powiedzieć, że jej motyw to  Raiden (Rai: grzmot i Den: piorun). Chmury są wykończone w wypukłym reliefie (maru-bori), a ich płynące, plastyczne kształty pięknie kontrastują z ostrością stylizowanych błyskawic (które tak przedstawione znajdziemy często w japońskich drzeworytach, np. u Kuniyoshiego). Być może motyw tsuby nawiązuje do shintoistycznego boga gromów - Raijin'a, choć przedstawiano go zwykle jako demona bijącego w bębny by rozpętać burzę.

Tsuba jest duża: 84mm x 85 mm, grubość 5mm (seppa dai) i 4mm (mimi).


Na kolejnym zdjęciu widzimy tsubę z tym samym motywem (jest wystawiana na www.japanesesword.de). Tsuba posiada certyfikat NBTHK - szacowni członkowie shinsy przypisali ją szkole Kyo-Sukashi. Jeśli ta atrybucja jest właściwa, to tsubę wykonano w okresie znacznie późniejszym niż Muromachi, albowiem w tym czasie tsuby Kyo były duże, a ich ażury bardzo delikatne i wyrafinowane. U Sasano znajdziecie sporo przepięknych przykładów.

Tsuba z certyfikatem jest niestety znacznie mniej finezyjna niż jej poprzedniczka. Sukashi jest wykonane co prawda według tego samego wzoru co w tsubie Ko-Shoami, ale ścianki ażuru są o wiele grubsze, co sprawia wrażenie pewnej "gruboskórności". Zniknął też relief chmur. Tsuba jest sporo mniejsza - 76 mm x 74 mm. Spłaszczony motyw chmur i pogrubione błyskawice wciśnięte w zmniejszoną w stosunku do oryginału powierzchnię, co sprawia, że w porównaniu z tsubą ko-Shoami jest wręcz toporna. Co ciekawe, tsubę ko-Shoami można było swego czasu nabyć taniej niż jej "naśladowniczkę".
.

Poniżej jeszcze dwa zdjęcia ko-Shoami.


Ten sam motyw w innej tsubie Shoami - również tutaj chmury są wykonane w technice reliefu maru-bori, ale błyskawice są szersze. W sumie ładna tsuba, w której wykorzystano ten sam motyw, choć inaczej. Błyskawice są jeszcze bardziej schematyczne, brzeg tsuby nie jest już zaokrąglony, a do tego dochodzi motyw lecących ptaków. Asymetria potęguje wrażenie dynamiki.


Skoro wspomnieliśmy Raijin'a, zamieszczam również jego wizerunek, który można obejrzeć w chramie Taiyuin-byo w Nikko, czyli mauzoleum trzeciego shoguna Tokugawa, Iemitsu.


Na dokładkę drzeworyt Kuniyoshi'ego: Burza i błyskawice nad Amanohashidate. Porównajcie z błyskawicami na tsubach.

Zdjęcia: tsuby (ko) Shoami: Richard Turner (www.kodogunosekai.com), tsuba Kyo-Sukashi: www.japanesesword.de, Raijin: Wikipedia, Kuniyoshi: Morikami Museum and Japanese Gardens

wtorek, 8 lutego 2011

Kagami i kagamishi

Jedną z kategorii irogane ko-tsuba (czyli "starych", tzn pochodzących sprzed okresu Edo tsub z metali kolorowych i ich stopów) są kagami-shi tsuba.

Kagami-shi czyli wytwórcy luster (kagami) produkowali również tsuby, odlewając je, podobnie jak swoje lustra, z brązu lub również np. ze stopów nierafinowanej miedzi (yamagane).

Tsuby te są relatywnie rzadkie, nawet Sasano Masayki w swojej książeczce na ich temat omawia zaledwie nieco ponad dwadzieścia egzemplarzy.

Poniżej zamieszczam kilka przykładów tsub kagami-shi oraz luster z brązu. Porównajcie proszę motywy i technikę wykonania. Jedna z tsuba kagami-shi jest po prostu lustrem, w którym wycięto otwory (nakago-ana i kozuka hitsu ana).

Z mojego (przyznaję, skromnego) doświadczenia wynika, że lustro (kagami) wydaje się być lżejsze niż tsuba kagami-shi podobnej wielkości. Stąd też zapewne wątpliwości zgłaszane przez niektórych badaczy i dotyczące pochodzenia tych tsub. Osądźcie sami.

Tsubom kagami-shi nie poświęcano dotychczas zbyt dużej uwagi - moim zdaniem niesłusznie. Są one niezwykle eleganckie, mimo (a może właśnie dzięki) swej skromności. Niektóre motywy zdobnicze stosowane przez kagami-shi zostały zaadaptowane przez takich mistrzów jak Hirata Hikozo, który swe tsuby z irogane często zdobił podobnym do zdobień kagami-shi motywem okina-yasuri. Być może łączenie tych dwóch szkół jest zbyt daleko posunięte, ale moim zdaniem, warto się przyjrzeć jak bardzo okina-yasuri przypominają koncentryczne kręgi na niektórych tsubach kagami-shi.

Oczywiście tsuby kagami-shi dają również asumt do dyskusji nad walorami praktycznymi odlewu w porównianiu z metalem kutym. Wydaje się, że w przypadku metali kolorowych i ich stopów dyskusja ta jest bezprzedmiotowa (patrz dzwony czy też działa z brązu).

Lustro - kagami (brąz, okres Muromachi)
Motyw zdobniczy - kwiaty wiśni (sakura)

Tsuba kagami-shi (z książeczki Sasano) 
Oba otwory funkcyjne późniejsze, zaślepione.
Motyw zdobniczy - por. kagami powyżej 
i tsuba poniżej

Tsuba kagami-shi, Muromachi.
Motyw zdobniczy: kamon klanu Hatakeyama i liście bambusa.
Kamon jest taki sam jak na tsubie powyżej,
wogóle ta tsuba wygląda prawie jak bliźniaczka
tsuby pokazanej przez Sasano.
Oba otwory funkcyjne późniejsze, jeden z nich 
wyścielony suaka i zaślepiony katashirome.


lustro (kagami) - brąz, okres Momoyama, 
motyw żółwia, żurawi i chryzantem.


Tsuba wykonana poprzez przeróbkę lustra (kagami). 
Motyw żółwia, pancerza żółwia i żurawi.
W seppa dai spiłowany grzebiet żółwia 
(por. kagami powyżej - na tej tsubie widać 
jeszcze łapy żółwia z boków nakago-ana) 

Rewers, jak przystało na byłe lustro, całkowicie gładki.


 To znowu tsuba z książeczki Sasano:
widać na niej koncentryczne kręgi, 
do których podobne są Okina-yasuri
Hirata Hikozo


Tsuba Ko-kagamishi, brąz, okres Nambokucho 
(NBTHK origami z atrybucją Ko-Kagamishi)
z kolekcji Henry Wilson'a
Otwór funkcyjny późniejszy. Obfite pozostałości kuro urushi.
Intrygujące są nawiercenia po bokach nakago-ana.
Wspaniały, wczesny egzemplarz tego typu tsub.

Awers i rewers tsuby Ko-Kagamishi
Widać, że nie jest to modyfikacja lustra, lecz prawdziwa
tsuba, zaprojektowana i odlana jako tsuba właśnie

Zdjęcia pochodzą z: 
Sasano Masayuki: "Kagamishi Tsuba" (Tokyo, 1980) www.tetsugendo.com, www.yamabushiantiques.com i www.kodogunosekai.com. Ostatnie dwa zdjęcia publikowane za uprzejmą zgodą Henry Wilson'a.



piątek, 14 stycznia 2011

Co to za kształt (kolejna zagadka)

Tym razem tsuba ko-kinko z sukashi przypominającym jako żywo uszy pewnej słynnej myszy ;-) O tsubie napiszę przy okazji, bo choć skromna, jest bardzo interesująca, ale tymczasem interesuje mnie jedynie zdobiący ją ażur, zintegrowany z otworem funkcyjnym.

Próbowałem znaleźć informacje na temat tego kształtu i jego znaczenia i mam dwie hipotezy, choć żadna z nich w pełni mnie nie zadowala:

SUHAMA - piaszczysta plaża (jest to MON)
HIRUTE - uchwyt do szuflad komody tansu

A co Wy myślicie?


wtorek, 4 stycznia 2011

Tosho czy ko-tosho

Ciekawa tsuba: Wykonana z żelaza, wykończenie powierzchni tsuchime, brak hitsu-ana, do tego wycięcia inome nadające jej kształt, który znakomicie pasowałby do tachi. Origami NBTHK podaje atrybucję dosyć konserwatywnie i jak zwykle raczej oszczędnie - Tosho. Wymiary 8,6 x 8,2 cm, grubość 2,5 mm seppa-dai i 3 mm na krawędzi. Głęboka, ciemnobrązowa patyna.

Ta tsuba może pochodzić z późnego okresu Muromachi lub Momoyama, wczesnego okresu Edo. Możliwe też, że jest to tsuba z końcowego okresu Edo, wykonana w czasie, kiedy wracano do starych wzorów i kiedy powstały liczne tsuby "Nobuiye", "Yamakichibei" czy też "Kaneiye".

 Ja uważam, że tsuba ta powstała w okresie Momoyama lub we wczesnym Edo.





niedziela, 24 października 2010

Ono czy Sadahiro?

 Przyjechała do mnie ciekawa tsuba, przedstawiająca buddyjskie koło Dharmy. Określono ją jako tsubę Ono. W źródłach jest trochę mało informacji na temat tej szkoły (jeśli wogóle to była szkoła), wiemy zasadniczo tylko tyle że tsuby "Ono" były produkowane w prowincji Owari, podobnie jak np. Kanayama.

Inna możliwa atrybucja (podpowiedziana mi przez Pana Andrzeja) to Owari Sadahiro. 






środa, 3 marca 2010

Zagadka: co jest nie tak z tą tsubą?

Dzięki uprzejmości Pana Mikołaja, kontynuuję niniejszym naszą serię zagadek dotyczących tsub, które kiedyś kupiliśmy, a potem żałowaliśmy zakupu. Chodzi oczywiście o prawidłowe zidentyfikowanie poważnej wady lub wad danej tsuby.

Poniżej zdjęcia. Uprzedzam, że za stwierdzenie, że ta tsuba jest pordzewiała nie przyznamy z Panem Mikołajem żadnych punktów ;-)


W następnym artykule zaprezentuję Wam ciekawy wakizashi z okresu Muromachi, hartowany hitatsura i polerowany w Japonii w stylu klasycznym - sashikomi. Muszę jedynie zrobić kilka zdjęć makro żeby pokazać szczegóły.

Pozdrawiam i dziękuję za wypełnienie mini ankiety. Wynik jest wspaniały - 10 głosów (czyli 100%) na korzyść tego bloga. Mam nadzieję, że nie "podrasowaliście" wyników? ;-)

czwartek, 11 lutego 2010

Fajna tsuba ma już atrybucję (plus przykład Saga Kaneiye)

Tsuba z poprzedniego postu ma już swą atrybucję. Pan Mikołaj jako pierwszy podpowiedział właściwy styl - Kaneiye. W istocie ta tsuba to albo Saga Kaneiye albo jedna z późniejszych szkół kontynuujących tradycję Kaneiye. Myślę, że skoncentrowane w niektórych miejscach, drobne ślady młotka mogą nieco przypominać stemple (kokuin) i to zapewne skierowało Pana Mikołaja ku drugiej atrybucji (Saotome).

Sprawę rozstrzygnął definitywnie Richard Stein (znany z popularnego The Japanese Sword Index), który potwierdził opinię Pana Mikołaja. Dodatkowo okazało się (dzięki Ian'owi Bottomley), że "ważki" na rewersie tsuby są w istocie trawą bambusową (sasa) - jest to zresztą zgodne z roślinno-krajobrazową tematyką awersu.

Dla porównania pokażę Wam inna tsubę szkoły Saga Kaneiye. Poniżej jej opis i atrybucja autorstwa Andy Mancabelli:
"Tsuba żelazna, sygnowana "Yamashiro no Kuni Fushimi no ju Kaneiye". Ładna patyna koloru ciemnej czekolady, wykończenie tsuchime, występują drobne żelazne kości (tekkotsu), szczególnie wzdłuż brzegu. Kozuka-hitsu wypełniony ładnie spatynowanym ołowiem. Powierzchnia płytki zdobiona reliefem słomianych kapeluszy (kasa) i trzciny, jak również bardzo delikatną inkrustacją złotym drucikiem i srebrnymi punktami. Jest to tsuba albo Saga Kaneiye, albo też kopia wykonana w stylu Kaneiye przez jednego z artystów Aizu-Shoami. Późny XVIII wiek. Wymiary: 80 x 77mm, grubość: 3mm w seppadai i na brzegu."



Kolejny post to wielokrotnie obiecywana (tym razem bardzo pozytywna) recenzja książki Sasano Masayuki "Early Japanese Sword Guards. Sukashi Tusba".

środa, 27 stycznia 2010

Renowacja "spalonej" tsuby - finał

Pewnie już nikt nie pamięta mojego postu dotyczącego konstrukcji tsuby? Chodziło o tsubę Ko-Shoami, figurującą dumnie na poczesnym miejscu w "Early Japanese Sword Guards. Sukashi Tsuba" Sasano. Przypomnę tylko tym, którym nie chce się sięgać do tego starego artykułu, że była to bardzo ładna tsuba, wypalona niegdyś w ogniu, z nalotem ogniowym (ciągle nie wiem jak się to fachowo nazywa), który zlikwidowałem kąpielą w occie (ocet zneutralizowanłem z kolei roztworem sody oczyszczonej). Wyglądała po tym brutalnym bądź co bądź zabiegu szaro i nieciekawie (patrz zdjęcie nr 2).


Dzisiaj wróciła do mnie po repatynacji. Otrzymała bardzo delikatną patynę koloru ciemnobrązowego, od razu widać, że jest ona świeża. Ale też nie była ona kładziona po to by udawać, że tsuba nigdy nie miała problemów, ale żeby ta nowa, cienka warstwa chroniła tsubę przed korozją i dała początek porządnej, głębokiej patynie, którą miłóśnicy tsub tak bardzo cenią.



Pomimo delikatności nowej patyny efekt jest bardzo dobry - widać, że ta tsuba odzyska z czasem swe piękno. Nie ma porównania ze stanem przd i po kąpieli w occie. Jutro zrobię kilka zdjęć, a tymczasem zacznę tsubę obracać w dłoniach aby pomóc procesowi oksydacji (jakiekolwiek pocieranie o delikatną tkaninę byłoby chyba przedwczesne ze względu na cienką warstwę patyny). Przypuszczam, że tsuba dojdzie do przyzwoitego stanu w ciągu dwóch-trzech lat. Oczywiście prawdziwie piękna patyna pojawi się dopiero za lat dwieście ;-)



Na zamieszczonych zdjęciach widać tsubę kolejno z suchym, wypalonym, łuskowym nalotem (jak to nazwać? nagar?), potem po kąpieli w occie - to drugie zdjęcie jest przerażające, prawda?


Przy okazji ostrzeżenie: 
gdy kupujecie tsubę na eBay, zawsze patrzcie uważnie na zdjęcia - jeśli tsuba na jednym z nich  wygląda tak jak na moim pierwszym zdjęciu, wtedy ręce precz! Niestety łatwo przeoczyć ten defekt, trzeba umieć odróżnić kruchy tlenek od patyny. Nalot ogniowy (kurcze, dajcie mi jakieś lepsze słowo!) jest szarawy lub srebrnawy, spękany, czasem łuskowaty...

Linki do dwóch tsub z tym poważnym defektem: 
tsuba Echizen Kinai - wyraźnie widać dość grubą warstwę twardego, szarego tlenku...
tsuba Owari - w strasznym stanie, widać dokładnie, że ten tlenek potrafi mieć srebrnawy odcień



PS: wiem, że jestem Wam ciągle winien recenzje Sasano - proszę o cierpliwość, to dosyć trudne zadanie. Planuję też krótkie recenzje dwóch inych książek "Samuraje" A. Śpiewakowskiego i "Świat Księcia Promienistego" Ivana Morris'a.







wtorek, 17 listopada 2009

Zdjęcia "dopieszczonej tsuby"

Wiem, że niestety nie udało się uchwycić efektu blasku, który w poprzednim poście tak wychwalałem... Mam nadzieję, że nie tylko ja, jako jedyny, widzę różnicę między "dopieszczoną" a "niedopieszczoną" tsubą. W każdym razie proszę żebyście zwrócili uwagę na różnicę w kolorze - tsuba z lewej jest zecydowanie ciemniejsza (w rzeczywistości kolor jest czarny). A może na powiększeniu fragmentu widać o co chodzi z tym moim "blaskiem"? Zaznaczam, że tsuba ta została dokładnie oczyszczona z tłuszczów czy wosku, a następnie usunąłem z niej większość rdzy. Jeśli widzicie, że się błyszczy, to jest to efekt tylko i wyłącznie tarcia o tkaninę. 


poniedziałek, 16 listopada 2009

Pierwsze efekty dopieszczania żelaznej tsuby - hurra!

Pamiętacie zapewne mój post o tsubie z katalogu Haynes'a? Chodziło o niewielką, żelazną tsubę sukashi z motywem wachigai. Jakiś czas temu wszedłem w jej posiadanie, okazało się zresztą, że nabyłem ją od przyjaciela samego Boba Haynes'a - naprawdę poczułem się jakbym otarł się wielki świat ;-) Oczywiście tsuba nie wyglądała najlepiej - spore połacie rdzy szpeciły jej wygląd, całe szczęście, że nie było większych wżerów. Z wigorem wziąłem się za zabiegi konserwacyjne - mrożenie, odmrażanie, skrobanie kością. Spędziłem nad nią sporo czau, większość rdzy usunąłem, ale tsuba nadal wyglądała jakoś tak "bez życia" i mało atrakcyjnie. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę - włożyłem więc stare jeansowe portki i zacząłem ten szlachetny przedmiot w dosyć bezceremonialny sposób o owe portki wycierać. Tsuba rozgrzewała się, ja tarłem jak szalony, aż w końcu z portek zaczęły lecieć puchowe drobinki startego płótna wbijając się w zakamarki żelaznego ażuru. Całe szaleństwo nie trwało zbyt długo, zaledwie jeden wieczór. Dłonie miałem od tego tarcia pokryte jakimś żelazistym, ciemnym i błyszczącym nalotem, który zresztą dał się bez trudu zmyć. Powiecie pewnie, że zachowałem się jak gbur, łamiąc wszelkie zasady etykiety i traktując ten szacowny przedmiot, będący obiektem doznań estetycznych i badań historycznych, w tak niegodny sposób. Pewnie macie rację, ale... tsuba zabłysła nowym blaskiem! Niesamowite jak zmieniło się to stare żelazo (zapewniam, że nie jest niebieskie od jeansów)... Użyłem słowa "blask" i naprawdę ta tsuba teraz błyszczy, w piękny, głęboki sposób, charakterystyczny dla starej patyny na żelazie (w niczym nie przypomina to błyszczenia cienkiej warstwy tłuszczu). Żelazo ma teraz głeboki odcień czerni, taki jak opisują luminarze tacy jak Sasano czy Terigoye. Tsuba wygląda wprost wspaniale! Mam nadzieję, że uda mi się to uchwycić na zdjęciu - proszę o odrobinę cierpliwości, muszę poczekać na dobre światło. Jedyna rzecz, która mnie jeszcze trapi, to to, jak ta "jeansowa" metoda sprawdzi sie na tsubie z inkrsutacjami. Może wygrzebię ze swych zbiorów jakąś słabszą tsubę z zogan z metali kolorowych i spróbuję? Wiem, że w najlepszym przypadku inkrustacje stracą patynę, ale szczerze mówiąc to tak naprawdę boję się jedynie ich uszkodzenia, bo patyna na miedzi czy srebrze czy shakudo sama wróci... Gdy się już przełamię, dam Wam znać o efektach. Tymczasem serdecznie pozdrawiam i... do następnego postu :-)

poniedziałek, 9 listopada 2009

Polacy nie gęsi... czyli ciekawa polska książka o tsubach


Niedawno wyjąłem ze swej biblioteczki książkę, której dawno nie czytałem. W zasadzie od razu przyznam się, że nie czytałem jej aż do dzisiaj (za to z dużym zainteresowanie oglądałem zdjęcia). Ta książka to "Jelce mieczy japońskich z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie" autorstwa Katarzyny Maleszko, kustosza kolekcji Dalekiego Wschodu Muzeum Narodowego w Warszawie i Krzysztofa Polaka, historyka sztuki, znawcy nihonto, pasjonata, który jest inicjatorem i siłą napędową organizowanej obecnie wystawy nihonto w Manggha w Krakowie (planowana na 2 kwartał 2010).

Książka może być nieco trudna do zdobycia, ale naprawdę warto się o nia postarać. To jedna z niewielu pozycji o hihonto i kodogu wydanych w języku polskim. Przedstawia w formie katalogu 117 tsub w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Siłą rzeczy kolekcja Muzeum jest dosyć eklektyczna, ale trudno z tego robić zarzut, szczególnie, że prezentowanych jest sporo istotnych szkół (o atrybucjach można oczywiście zawzięcie dyskutować). Wielkim atutem książki są zdjęcia - każda tsuba jest prezentowana jest na dwóch stronach - na jednej prezentowany jest awers, na drugiej powiększone fragmenty awersu. Zdjęcia są wysokiej jakości, aż chciałoby się, żeby książka miała wielkość albumu, lecz niestety jest tylko formatu 23 x 6 cm.

Oprócz znakomitych zdjęć znajdziemy również sporo pożytecznych informacji - od ilustracji wszystkich bodajże kształtów tsub (wraz z ich japońskimi nazwami i historią rozwoju), poprzez ciekawie opracowaną typologię tsuby, aż po omówienie symboliki dekoracji występujących na tsubach. Przyjęta przez autorów typologia może wzbudzać kontrowersje, albowiem dzieli ona tsuby na trzy podstawowe grupy - tsuby sukashi, szkoły "prymitywne" (do których, o dziwo, autorzy zaliczają tsuby namban) i tsuby dekoracyjne. Podział ten może stanowić w każdym razie interesujący materiał do dyskusji wśród polskich (i nie tylko) miłośników tsuby. Niezależnie jednak od nieortodoksyjnej typologii, część informacyjna książki jest w swej typowej dla katalogu zwięzłości bardzo dobrze opracowana i stanowi cenne źródło wiedzy o tsubie, jedno z niewielu w języku polskim. 

Na marginesie zauważę, że na zdjęciach widać, że tsuby w Muzeum Narodowym w Warszawie są raczej zadbane, choć niestety część z nich ma lekki nalot rdzy. Pracownikom Muzeum Narodowego w Warszawie należą się słowa pochwały za to, że nie próbowali tsub niefachowo czyścić, co niestety zdarzało się w innych muzeach.

Ta książka-katalog to świetna pozycja zarówno dla początkującego kolekcjonera, jak i dla bardziej zaawansowanego miłośnika tsub. Serdecznie polecam jej lekturę. Cieszę się także, że ta książka-katalog będzie miała swoistą kontynuację w postaci katalogu wystawy w Manggha, gdzie znajdzie się zbiór 200 tsub z różnych polskich kolekcji.



Jelce mieczy japońskich z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie
Katarzyna Maleszko, Krzysztof Polak
Muzeum Narodowe w Warszawie
299 stron, twarda okładka
Warszawa 2005, ISBN: 83-7100-278-5

środa, 4 listopada 2009

Co ma tsuba do czarki do herbaty? Czyli dlaczego niedoskonałość jest piękna




Zacznę ten post od pewnego przypuszczenia, które od dawna w sobie noszę. Otóż wydaje i się, że my, Polacy (nie mówię oczywiście o wszystkich Polakach) nie znajdujemy piękna w rzeczach, które są niedoskonałe. Nasze domy muszą mieć świeżutki tynk (najlepiej akrylowy, bo trwały), nasze podłogi muszą być równe jak tafla szkła i pozbawione najmniejszej szparki między deskami, meble nieskazitelnie gładkie i nowoczesne. Wszystko wokół nas ma być doskonałe, trawniczek przycięty na 1 cm, stare drzewo najlepiej usunąć, bo takie powyginane, a jesienią opadające liście tak strasznie szpecą murawę. Jeśli jesteśmy posiadaczami starej tsuby, to korci nas aby ją porządnie wyczyścić, czego efekty bywają opłakane: polecam (a w zasadzie odradzam) wizytę w niektórych muzeach, którym nieopatrznie przekazano kiedyś japońskie uzbrojenie - wizyta tam mogłaby niejedego wielbiciela nihonto przyprawić o zawał... No cóż, wiele nas dzieli od wyrosłych wśród szacownych ruin narodów południa, gdzie stara, wyblakła i popękana powierzchnia stołu jest elementem stylu...


Myślę jednak, że miłośnicy nihonto, znający wartość wiekowej patyny (choćby tej na trzpieniu miecza), i odczuwający estetykę "wabi sabi" czasami odrywają się od cudownie, perfekcyjnie wręcz wykonanych kodogu szkoły Goto i sięgają po coś, co często - bardzo myląco - określane jest stylem rustykalnym. Mówię tu o tsubach z tekkotsu, tsubach wykończonych tsuchimeji i temu podobnych, których urok leży w prostocie i pewnej "gruboskórności" wykonania.


Otrzymałem właśnie taką tsubę. Jest ogromna, ma 9,5 x 8,5 cm, grubość w nakago ana 4 mm, grubość mimi 5-7 mm. Waży ponad 200 gram! Hitsu ana wypełnione shakudo. Ale nie w wielkości leży jej urok - ta tsuba jest wykończona tak, jakby zrobił ją nieudolny uczeń, który tłukł mimi młotkiem jak popadnie, a na dodatek częściowo nadtopił ją w ogniu. Z płytki sterczą w kilku miejscach gruzełkowate, bardzo wydatne "żelazne kości" czyli tekkotsu, na mimi są one znacznie drobniejsze. Ta tsuba ma w sobie jakąś sprzeczność - z jednej strony łatwo zakwalifikować ją jako produkt kiepskiego warsztatu i ewidentnych błędów i odrzucić jako bubel z epoki Edo, z drugiej strony zmusza ona do ciągłego do niej wracania, żąda wręcz fizycznego kontaktu... 


Przez wiele dni szukałem jakiejś analogii do innych przedmiotów o podobnej jak ta tsuba charakerystyce - nota bene nigdy nie pojawiło się w mym umyśle porównanie do rzeczy typowo rustykalnych (być uniemożliwiła mi to niesławna "Cepelia" ze swą mechaniczną ludowościa), ale nic konkretnego niestety się nie pojawiło. Pomógł niezastąpiony Haynes, w którego 5 tomie, na stronie 24, pod numerem 61 znalazłem niewielką tsubę ko-shoami nieco podobną w swej niedoskonałości do mojej i opisaną jako bardzo suto wykonaną, przywodzącą na myśl ceramiczne czarki do herbaty - Raku. Ktoś kiedyś powiedział, że czarki te wyglądają tak jakby urodziła je sama ziemia.  Właśnie! To była brakująca analogia - od czasu kiedy ją przyswoiłem, wiem za co cenię swoją tsubę. Raku to czyste wabi sabi - wstrzemięźliwe, proste, wręcz pierwotne dzieła sztuki użytkowej. Na punkcie Raku oszalał sam Toyotomi Hideyoshi, który szczególnie cenił piękno ceremonii herbaty, zwłaszcza wabi-cha w wydaniu mistrza Sen no Rikyu.


Zachęcam do studiów porównawczych - z jednej strony tsuby Saotome/Tembo lub inne tsuby wykończone tsuchimeji, z drugiej zaś czarki Raku. W kwestii Raku polecam również ciekawy artykuł  Gabora Terebess
'a "Japanese Raku and its American Renaissance" - dostępny tutaj.


Tsuba pójdzie oczywiscie do delikatnego czyszczenia kością, a potem do polerowania szmatką - ma leciutki nalot czerwonej rdzy, który koniecznie trzeba usunąć. Co do pochodzenia tej tsuby, stawiałbym na Shoami - ze względu na szerokość tego pojęcia jest to z mojej strony badzo bezpieczna atrybucja ;-) Nie jestem jednak pewien z jakiego okresu pochodzi - jeśli mam szczęście to jest to ko-Shoami z okresu Momoyama (kiedy to ceramika Raku święciła tryumfy), a jeśli nie, to jest to XIX-wieczna tsuba z okresu odrodzenia tradycji narodowych i powrotu do starych wzorów.


kliknij żeby powiększyć


niedziela, 1 listopada 2009

Co to wogóle znaczy "bojowa"? Pewna dyskusja o tsubach...

Niedawno miałem przyjemność uczestnictwa w dyskusji prowadzonej mailowo. Ze względu na to, że obaj główni dyskutanci są od lat moimi kolegami - kolekcjonerami, a temat jest ciekawy zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych, postanowiłem zamieścić te dyskusję na moim blogu. 

Zaczęło się od tego, że pewna, bardzo ciekawa tsuba (zdjecie zamieszczam poniżej) nie była, zdaniem pana Arka "bojowa":


Arek:
tsuby bojowe powinny byc masywne, bez ażurów pełne, tylko z udenuki ana, czasem z hitsu ana, zas tsuby azurowe juz bardziej ozdobne. Tsuby toshi i katchushi zwane sa tez tsubami kowalskimi, były wykuwane, a swoja droga ciekaw jestem czy tez hartowane. wiec mogły by byc ciensze, ale podejrzewam tez ze chodziło takze o ich wage, miecze były dłuższe wiec kombinowano by były lzejsze , no i zeby władac jedna ręką z konia. w sumie to jest wiele zależności wzajemnie sie wykluczających...

Mariusz:
Panie Arku, jak to? Ten azur jest niesamowicie mocny, a poza tym, kto w japonskiej sztuce miecza paruje cios jelcem?  Sa nawet tacy, ktorzy zuwazaja, ze tsuba sluzy raczej jako ochrona przed zjechaniem dloni na glownie, a nie do parowania. I to by mialo sens, jesli uzwglednimy ilosc tsub kinko... A nie mysle, zeby sluzyly one tylko do ozdoby (zwlaszcza ko-kinko)

Arek:
wszystko zalezy od stylu walki, sa style które wykorzystuja tsube jako ochrone ręki, naprawde. A tsuby kinko sa typowo do mieczy ozdobnych, dlatego wiecej ich było w epoce edo kiedy wojny w zasadzie ustały... Wczesne tsuby sa bardziej "konkretne" te tosho czy katchushi...

Mariusz:
hm... style czy szkoly walki mieczem jako takie urodzily sie zdaje sie dopiero w Edo, czyz nie? Ale nie znam sie na tym temacie wiec chetnie poslucham specjalisty :-)
Co do ko-kinko - jak najbardziej walczono w tym czasie kiedy byly produkowane :-)

Andrzej:
Kiedyś w korespondencji ze znanym kolekcjonerem użyłem wymyślonego określenia "tsuba bojowa", co spotkało się z wielkim zdziwieniem i zapytaniem cóż to pojęcie oznacza. Wyjaśniłem, że można by wprowadzić podział na tsuby używane w walce i tsuby paradne, czy też odświętne. Podział wydawał mi się i prosty i logiczny. W okresie przed Edo (jak wiemy) metale były stosunkowo drogie i trudno dostępne. Nie wyobrażam sobie, żeby samuraj latał z tsubą z nigurome shakudo, gdzie zawartość złota w stopie z miedzią (też drogą) wynosi do 7%. Wiele tsub Ko Kinko (okres przed Edo) i Kinko (okres Edo) zachowanych jest (poza rozbitymi nakago ana) w doskonałym stanie, co jednoznacznie pozwala uznać, iż były używane oszczędnie. Jeśli chodzi o tsuby tetsu sukashi, to wystarczy zajrzeć do Sasano, gdzie przeważają tsuby żelazne. Moim zdaniem wytrzymałość każdej tsuby żelaznej jest wystarczająca dla pełnionej funkcji.

Później nota bene wyszła sprawa braku na tsubach śladów od miecza. Mój znajomy kolekcjoner napisał, że pytał o to Japończyków i nie dostał odpowiedzi. Trochę to dziwne, bo można założyć, że samuraje mieli dobrze opanowaną sztukę walki, ale prości bushi zapewne okładali się mieczami trochę gdzie popadnie, więc na tsubach powinny być tego ślady.

Mariusz:
dziekuje serdecznie za ponizszy - zaluje, ze tak krotki - wyklad. Co do tsuby ze sladami ciecia - pewnie tsube taka wycofywano z obiegu, uznajac ja za zbyt slaba? Jest tylko jedna taka u Haynes'a... Argument o dobrym zachowaniu ko-kinko jest ciekawy, ale nie zgadzam sie z nim. Przeciez mamy mnostwo swietnie zachowanych tetsu sukashi, czy tez ko-tosho i ko katchushi i wszelkich innych tsub zelaznych. A wiec z nimi tez sie obchodzono oszczednie...

Andrzej:
No tak, nie będę zaprzeczał, że w przyrodzie występują doskonale zachowane tsuby tetsu Ko Tosho, Ko Katchushi, Ko Shoami, itd. Jak Pan zauważa, też pewnie musiały być oszczędzane.
W sumie, największe ślady używania widoczne są często po stronie ha głowni i są to jednoznacznie ślady wytarcia od dłoni. O rdzy nie wpomnę (to inne zagadnienie). 

Mariusz:
Jestem nadal sceptyczny, moze dlatego ze slowo "bojowe" kojarzy mi sie z glupawymi opisami z Allegro, zapewnieniami, ze np.miecz jest "ostry jak brzytwa" etc... Znacie tp, Panowie... opisy typu: "bojowe tanto", "bojowa katana" etc...  A ja nie jestem pewien, czy np uczestniczacy w wielu konfliktach zbrojnych przedstawiciele arystokracji, ktorzy w boju uzywali swych długich, eleganckich tachi, nie uzywali wlasnie tsub sukashi (np. delikatnych Kyo-shoami) albo ko-kinko. Wogole mam problem z bojowoscia i ozdobnoscia - jesli tsuba nie byla zamontowana na mieczu czysto ceremonialnym, o zerowych wlasciwosciach praktycznych (a byly i takie, zasadniczo byly to po prostu plaskie kawalki zelaza w ozdobnej oprawie) to czy nie miala ona walorow praktycznych? Pamietajmy poza tym, ze tzw. samuraje do okresu Muromachi uzywali glownie luku, a miecz byl bronia drugorzedna.

Arek:
ja zas przejąłem taki podział:  tsuby"bojowe" czyli mało zdobne, stalowe, z udenuki ana, pełne,bez ażurów, oraz tsuby "ozobne" czyli kinko, ażurowe, bardzo zdobne, drogie (chodzi o materiał - złoto? , oraz ogrom włozonej pracy).  To mój podział logiczny. Oczywiście nie wykluczam ,ze w ekstremalnych warunkach uzywano róznych tsub i nie patrzonona ich właściwości. Poza tym tak z fizycznego punktu widzenia mozna przyjąc ze tsuba azurowa a juz na pewno kinko jest słabsza niz pełna. Podejrzewam ze przez tsube miedzianą ostrze przeszłoby obcnając dłon. Próbowałem jakis czas temu  kenjutsu i powiem szczerze ze gdybynie tsuba (ogromna drewniana na bokuto oczywiście) to nie miałbym całych i zdrowych palców:)  Poza tym cwiczylismy techniki przyjmowania ostrza przeciwnika na tsubę własnie...

I tak zakończyła się nasza dyskusja... Ale temat nadal jest otwarty, zachęcam więc do komentarzy ;-)





czwartek, 22 października 2009

Dlaczego tekkotsu są oznaką jakości tsuby?

Tekkotsu (czyli, dosłownie tłumacząc: "żelazne kości") to nic innego jak kawałki żelaza  o wysokiej zawartości węgla (czyli de facto stali), które występują w tsubie. Widoczne są w formie gruzełkowatej bądź pasemkowatej, zarówno na płytce jak i na brzegu (mimi) tsuby. Niniejszy wywód o tekkotsu zamieszczam  zainspirowany kontaktem z tusbą, o której piszę w poprzednim wątku - odkryłem na jej brzegu drobniutkie, granulkowate tekkotsu.

Obecność tekkotsu jest z reguły cechą starszej tsuby i świadectwem dobrej jakości jej wykonania. Tekkotsu są do tego stopnia cenione, że w okresie Edo tsubako czasami naśladowali ten efekt odpowiednią obróbką tsuby za pomocą młotka. Skoro zjawisko tekkotsu jest tak cenione, musi mieć wartość praktyczną albo estetyczną. Ja sam odczuwam estetykę tekkotsu - przyznam, że bardzo lubię gdy w obracając tsubę w palcach wyczuwam te "żelazne kości" (choć nie jestem pewien czy nie mam tego aby dopiero od czasu kiedy dowiedziałem się jak bardzo to zjawisko jest cenione). Znając podejście Japończyków stawiałbym na wartość praktyczną, z której z kolei rodzi się estetyka (jeśli podba się Wam np. tradycyjne, ludowe budownictwo drewniane, to wiecie już o czym mówię).

Czym jest tekkotsu? Są na ten temat dwie teorie, które zresztą wcale się wzajemnie nie wykluczają: jedna z nich mówi, że to skupiska stali, które powstają w procesie obróbki żelaza (wielokrotne rozgrzewanie, składanie i skuwanie żelaza). Nie wchodząc w detale, które lepiej skomentuje specjalista (Panie Bartku, może miałby Pan ochotę?), zaznaczę, że tekkotsu zwiększa odporność tsuby na uderzenie, a to dzięki lokalnemu zmniejszeniu ciągliwości żelaza (tekkotsu tworzą "wyspy" o większej twardości, które zatrzymują pęknięcie). Druga teoria mówi, że tekkotsu to efekt uboczny "recyklingu" - tsubako korzystali z różnego rodzaju skrawków żelaza, które dodawane były do placka żelaza na tsubę. Tak czy owak, estetyka tekkotsu wyraźnie wyrasta z ich roli praktycznej, tj, wzmocnienia konstrukcji tsuby. Zapewne wzmocnienie takie miało sens, w szczególności przy niektórych tsubach sukashi (np. Kanayama czy Kyo-sukashi) lub też przy bardzo cienkich płytkach tsub ko-katchushi ("gruba" tsuba chyba nie potrzebuje tekkotsu...) Nota bene, świetny artykuł na temat podobieństwa materiałowego, funkcjonalnego i procesu produkcji żelaznych tsub i zbroi z okresu Muromachi napisali kilka lat temu Boris Markhasin i Andrew Mancabelli - polecam tę lekturę wszystkim zainteresowanym.

Jeśli więc zobaczycie kiedyś tekkotsu na tsubie - doceńcie ich wartość funkcjonalną i przyjrzyjcie się im bliżej. Gwarantuję, że je polubicie ;-)



na tym zdjęciu tsuby Owari (przepraszam za niską rozdzielczość) 
widać w górnej częsci tsuby bardzo wyraźne tekkotsu


Ciekawa tsuba i jej renowacja - cz. 1


Obiecałem opisać pewną ciekawą tsubę. Kupiona u solidnego dealera jest dosyć ciekawym egzemplarzem - choć wydaje się pochodzić z XVIII lub nawet XIX wieku, mocno przypomina ko-katchushi. Jest bowiem bardzo cienka (2,5 mm w nakago ana), ma bardzo delikatną aplikację z metali kolorowych i atrakcyjny, zawijany brzeg (dote mimi). Na zdjęciach dealera wyglądała wspaniale - w rzeczywistości też okazała się wspaniała (robiona z tamahagane, widać jakość tego żelaza) ma też tekkotsu, ale niestety... po oczyszczeniu jej z  cieniutkiej warstyw olejku czy wosku okazało się, że na płytce jest sporo rdzy. Wyszły też ślady przygotowania gruntu do zogan - to te delikatne nacięcia powierzchni w okolicy aplikacji (zdj. 2 i 3). 

Poniżej zdjęcia: zdj. 1 pochodzi od dealera, zdj. 2 zrobiłem po zdjęciu olejku plus wstępnej obróbce kością, a zdj. 3 gdzieś w połowie pracy nad awersem (jest to nb skan. djęcie nr 2 wygląda dosyć strasznie, prawda? Obecnie tsuba jest już w lepszym stanie - awers został prawie całkowicie oczyszczony, pozostał jeszcze tylko rewers. Potem już tylko kilka miesięcy pocierania szmatką i dalsze kilka miesięcy żeby aplikacje ponownie spatynowiały. Mówiąc inaczej - doprowadzę ją  z powrotem do stanu wizualnego takiego jaki widać na zdjęciu dealera :-) Po co zatem było zaczynać renowację, skoro tsuba będzie wyglądać tak samo jak na początku? Po to, aby niewidoczna, ale aktywna rdza nie zjadła tej tsuby i żeby mogły się nią cieszyć następne pokolenia miłośników nihonto (nb moja córka bardzo lubi i szanuje tsuby). 

Nota bene na zdjeciach widac, że wyglądające całkiemi niewinnie wżery mogą zawierać sporą ilość aktywnej rdzy. Należy więc dopytać się o stan przed zakupieniem o stan tsuby. 

Co do zdjęć - jak widać, jeśli się nie ma naprawdę dobrego skanera, to chyba lepiej korzystać z aparatu fotograficznego i robić zdjęcia makro. 

Niedługo (czyli za jakiś rok ;-) napiszę o dalszej części prac i zamieszczę zdjęcia końcowego wyniku renowacji. Albo też sięgne do Photoshopa i tsuba będzie wyglądać znakomicie bez całego tego trudu ;-)

1. Tsuba na zdjęciu dealera
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...

2. Tsuba po testowej obróbce (zdj. makro) 
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...

3. Tsuba po pierwszej fazie obróbki (skan)
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...

piątek, 16 października 2009

Pielęgnacja żelaznej tsuby. Cz. 2


W pierwszej części skończyliśmy na mrożonce i antrykocie... pora wyjaśnić skąd te kulinaria. Nic prostszego - jeśli odkryliśmy czerwoną rdzę, pierwszym etapem jej usuwania jest jej rozluźnienie, a to najłatwiej osiągnąć poddając tsubę działaniu niskiej temperatury. Przedtem jednak warto kupić kawałek wołowiny z piękną kością goleniową, dobrze wygotować i oczyścić kość, a następnie połupać ją na na różnej wielkości kawałki. 


Aby rozluźnić czerwoną rdzę zanurzamy tsubę w wodzie i zamrażamy ją w zamrażarce, potem odmrażamy. Powtarzamy ten zabieg 3-4 razy, a następnie suszymy tsubę i przystępujemy do mechanicznego usuwania rdzy. W tym celu dobieramy różne kawałki kości i powoli, bardzo gruntownie (jednakże niekoniecznie mocno) obrabiamy kością poszczególne obszary dotknięte rdzą. Kość nie zetrze wartościowej patyny, usunie natomiast czerwoną rdzę. Ważne jest aby pracować nad tsubą cierpliwie i systematycznie - do jej oczyszczenia potrzebnych będzie wiele sesji. Do usunięcia rdzy z wżerów potrzebne będą małe, ostre kawałeczki kości i bendyktyńska cierpliwość. Oczyszczenie tsuby może zająć tygodnie, a nawet miesiące. Pamiętajmy aby w procesie czyszczenia nie pominąć krawędzi tsuby.

Po zakończeniu żmudnego procesu usuwania czerwonej rdzy tsuba niestety nie będzie jeszcze piękna i lśniąca szalchetną, starą patyną. Drobniutkie resztki czerwonej rdzy zawsze zostaną na powierzchni, tsuba będzie matowa i niezbyt ładna. Należy oprzeć się pokusie użycia oleju - olej co prawda nada tsubie lepszy kolor i błysk, ale to nie to samo co głęboki blask patyny. Ponato olej może tsubie w dłuższym terminie zaszkodzić, o czym piszę na samym końcu.

Teraz pora na to co, co znany kolekcjoner i koneser nihonto, R.B. Caldwell określił jako (w wolnym tłumaczeniu) "pieszczenie się" z tsubą. Bez obaw, nie ma tu podtekstów erotycznych, chodzi jedynie o to aby tsubę przy każdej możliwej okazji dotykać, obracać w dłoniach (uwaga, nigdy nie należy dotykać tsuby gołą dłonią - sól i kwasy na powierzchni skóry stymulować czerwoną rdzę) i pocierać czystą, bawełnianą szmatką. Caldwell do pocierania tsub używał nawet przymocowanego do blatu biurka kawałka dywanika, ale nie polecałbym tej metody ze względu na kurz i inne drobiny, które mogą kryć się w dywanie. 

Tak więc każdą wolną chwilę spędzamy na obracaniu tsuby w dłoniach (co jest bardzo relaksujące) i jej pocieraniu szmatką. Sasano optymistycznie zauważa, że dobre efekty pojawiają się już po kilku latach ;-) Oczywiście my, ludzie Zachodu wymyśliliśmy drogę na skróty. Może nie wygląda to strasznie profesjonalnie, ale recepta ta polega na tym aby tsube nosić przez kilka miesięcy w kieszeni (uwaga: bez innch przedmiotów, zwłaszcza komórki lub kluczyków do samochodu). Efekt jest ten sam jak pocieranie szmatką, a dodatkowo lekko wilgotny mikroklimat odzieży może sprzyjać tworzeniu się pożądanej czarnej rdzy czyli patyny. Jest to nota bene recepta spójna z uwagą Sasano o wystawianiu tsuby na zewnątrz (o ile nie pada deszcz) - przyznam jednak, że ze względu na obecne zanieczyszcznie atmosfery polecałbym raczej kieszeń.

Uwagi końcowe: wszystko co napisałem odnosi się do tsub żelaznych! W żadnym wypadku nie należy traktować w taki sposób tsub z metalów kolorowych, gdyż skutkiem będzie ich zniszczenie.

Jedna kwestia pozostaje wszakże otwarta - co robić z żelazną tsubą, która ma aplikacje z metali miękkich (zogan)... Oczywiste jest, że noszenie takiej tsuby w kieszeni lub pocieranie jej szmatką zetrze patynę z tych aplikacji. Mosiądz czy miedź nabiorą blasku, a przecież wyglądałyby szlachetniej ze swą starą patyną. 

Moja opinia na ten temat jest następująca - przy zachowaniu bezwzględnej ostrożności w pracy z kością (aplikacje są niekiedy bardzo delikatne i łatwo je naruszyć), warto jednak usunąć czerwoną rdzę i wydobyć patynę z żelaznej płytki tsuby, nawet jeśli kosztem tej operacji będą błyszczące i wyglądające jak nowe aplikacje. Pocieszam się, że aplikacje te z czasem też spatynowieją - wystarczy tsubę potrzymać kilka miesięcy poza mikroklimatem pudełka z paulowni (na marginesie: warto tsuby przechowywać w pudełkach z drewna paulowni - drewno wchłania wilgoć, a wewnątrz pudełka panuje suchy mikroklimat)

Jestem Wam winien jeszcze jedno wyjaśnienie - dlaczego należy unikać smarowania tsuby olejami. Otóż olej, mimo że teoretycznie chroni tsubę przed rdzą , w dłuższej perspektywie (kilku czy kilkunastu lat) sam może stanowić problem - Sasano pisze, że olej po pewnymczasie ulega oksydacji i pod jego powierzchnią mogą zachodzić procesy korozji. Nazywa nawet to zjawisko "rdzą olejową". Nie sposób lekceważyć takiego autorytetu jak Sasano, dlatego też sam unikam stosowania olejów czy też wosku. Być może jednak uwaga ta dotyczyła olejów roślinnych i mineralnych, nie wiadomo natomiast jak sprawa ma się w przypadku olejów syntetycznych... Chętnie wysłucham tu Waszych opinii, może wśród czytelników tego bloga znajdą się chemicy?

W następnym poście opowiem o moich doświadczeniach z usuwaniem czerwonej rdzy z kilku żelaznych tsub oraz o pewnej tsubie, która znajduje się obecnie w fazie czyszczenia kością. Oczywiście opublikuję jej zdjęcia - zdziwicie się, jak ładnie wyglądała na stronie dealera, a jak dużo rdzy miała pod swą lekko natłuszczoną powierzchnia. Sama tsuba jest zresztą bardzo gustowna i ciekawa... Mam nadzieję, że zaostrzyłem Wasz apetyt? Zatem do usłyszenia :-)