Pewnie już nikt nie pamięta mojego postu dotyczącego konstrukcji tsuby? Chodziło o tsubę Ko-Shoami, figurującą dumnie na poczesnym miejscu w "Early Japanese Sword Guards. Sukashi Tsuba" Sasano. Przypomnę tylko tym, którym nie chce się sięgać do tego starego artykułu, że była to bardzo ładna tsuba, wypalona niegdyś w ogniu, z nalotem ogniowym (ciągle nie wiem jak się to fachowo nazywa), który zlikwidowałem kąpielą w occie (ocet zneutralizowanłem z kolei roztworem sody oczyszczonej). Wyglądała po tym brutalnym bądź co bądź zabiegu szaro i nieciekawie (patrz zdjęcie nr 2).
Dzisiaj wróciła do mnie po repatynacji. Otrzymała bardzo delikatną patynę koloru ciemnobrązowego, od razu widać, że jest ona świeża. Ale też nie była ona kładziona po to by udawać, że tsuba nigdy nie miała problemów, ale żeby ta nowa, cienka warstwa chroniła tsubę przed korozją i dała początek porządnej, głębokiej patynie, którą miłóśnicy tsub tak bardzo cenią.
Pomimo delikatności nowej patyny efekt jest bardzo dobry - widać, że ta tsuba odzyska z czasem swe piękno. Nie ma porównania ze stanem przd i po kąpieli w occie. Jutro zrobię kilka zdjęć, a tymczasem zacznę tsubę obracać w dłoniach aby pomóc procesowi oksydacji (jakiekolwiek pocieranie o delikatną tkaninę byłoby chyba przedwczesne ze względu na cienką warstwę patyny). Przypuszczam, że tsuba dojdzie do przyzwoitego stanu w ciągu dwóch-trzech lat. Oczywiście prawdziwie piękna patyna pojawi się dopiero za lat dwieście ;-)
Na zamieszczonych zdjęciach widać tsubę kolejno z suchym, wypalonym, łuskowym nalotem (jak to nazwać? nagar?), potem po kąpieli w occie - to drugie zdjęcie jest przerażające, prawda?
Przy okazji ostrzeżenie:
gdy kupujecie tsubę na eBay, zawsze patrzcie uważnie na zdjęcia - jeśli tsuba na jednym z nich wygląda tak jak na moim pierwszym zdjęciu, wtedy ręce precz! Niestety łatwo przeoczyć ten defekt, trzeba umieć odróżnić kruchy tlenek od patyny. Nalot ogniowy (kurcze, dajcie mi jakieś lepsze słowo!) jest szarawy lub srebrnawy, spękany, czasem łuskowaty...
Linki do dwóch tsub z tym poważnym defektem:
tsuba Echizen Kinai - wyraźnie widać dość grubą warstwę twardego, szarego tlenku...
tsuba Owari - w strasznym stanie, widać dokładnie, że ten tlenek potrafi mieć srebrnawy odcień
PS: wiem, że jestem Wam ciągle winien recenzje Sasano - proszę o cierpliwość, to dosyć trudne zadanie. Planuję też krótkie recenzje dwóch inych książek "Samuraje" A. Śpiewakowskiego i "Świat Księcia Promienistego" Ivana Morris'a.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patyna. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 stycznia 2010
wtorek, 17 listopada 2009
Zdjęcia "dopieszczonej tsuby"
Wiem, że niestety nie udało się uchwycić efektu blasku, który w poprzednim poście tak wychwalałem... Mam nadzieję, że nie tylko ja, jako jedyny, widzę różnicę między "dopieszczoną" a "niedopieszczoną" tsubą. W każdym razie proszę żebyście zwrócili uwagę na różnicę w kolorze - tsuba z lewej jest zecydowanie ciemniejsza (w rzeczywistości kolor jest czarny). A może na powiększeniu fragmentu widać o co chodzi z tym moim "blaskiem"? Zaznaczam, że tsuba ta została dokładnie oczyszczona z tłuszczów czy wosku, a następnie usunąłem z niej większość rdzy. Jeśli widzicie, że się błyszczy, to jest to efekt tylko i wyłącznie tarcia o tkaninę.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Pierwsze efekty dopieszczania żelaznej tsuby - hurra!
Pamiętacie zapewne mój post o tsubie z katalogu Haynes'a? Chodziło o niewielką, żelazną tsubę sukashi z motywem wachigai. Jakiś czas temu wszedłem w jej posiadanie, okazało się zresztą, że nabyłem ją od przyjaciela samego Boba Haynes'a - naprawdę poczułem się jakbym otarł się wielki świat ;-) Oczywiście tsuba nie wyglądała najlepiej - spore połacie rdzy szpeciły jej wygląd, całe szczęście, że nie było większych wżerów. Z wigorem wziąłem się za zabiegi konserwacyjne - mrożenie, odmrażanie, skrobanie kością. Spędziłem nad nią sporo czau, większość rdzy usunąłem, ale tsuba nadal wyglądała jakoś tak "bez życia" i mało atrakcyjnie. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę - włożyłem więc stare jeansowe portki i zacząłem ten szlachetny przedmiot w dosyć bezceremonialny sposób o owe portki wycierać. Tsuba rozgrzewała się, ja tarłem jak szalony, aż w końcu z portek zaczęły lecieć puchowe drobinki startego płótna wbijając się w zakamarki żelaznego ażuru. Całe szaleństwo nie trwało zbyt długo, zaledwie jeden wieczór. Dłonie miałem od tego tarcia pokryte jakimś żelazistym, ciemnym i błyszczącym nalotem, który zresztą dał się bez trudu zmyć. Powiecie pewnie, że zachowałem się jak gbur, łamiąc wszelkie zasady etykiety i traktując ten szacowny przedmiot, będący obiektem doznań estetycznych i badań historycznych, w tak niegodny sposób. Pewnie macie rację, ale... tsuba zabłysła nowym blaskiem! Niesamowite jak zmieniło się to stare żelazo (zapewniam, że nie jest niebieskie od jeansów)... Użyłem słowa "blask" i naprawdę ta tsuba teraz błyszczy, w piękny, głęboki sposób, charakterystyczny dla starej patyny na żelazie (w niczym nie przypomina to błyszczenia cienkiej warstwy tłuszczu). Żelazo ma teraz głeboki odcień czerni, taki jak opisują luminarze tacy jak Sasano czy Terigoye. Tsuba wygląda wprost wspaniale! Mam nadzieję, że uda mi się to uchwycić na zdjęciu - proszę o odrobinę cierpliwości, muszę poczekać na dobre światło. Jedyna rzecz, która mnie jeszcze trapi, to to, jak ta "jeansowa" metoda sprawdzi sie na tsubie z inkrsutacjami. Może wygrzebię ze swych zbiorów jakąś słabszą tsubę z zogan z metali kolorowych i spróbuję? Wiem, że w najlepszym przypadku inkrustacje stracą patynę, ale szczerze mówiąc to tak naprawdę boję się jedynie ich uszkodzenia, bo patyna na miedzi czy srebrze czy shakudo sama wróci... Gdy się już przełamię, dam Wam znać o efektach. Tymczasem serdecznie pozdrawiam i... do następnego postu :-)
czwartek, 22 października 2009
Ciekawa tsuba i jej renowacja - cz. 1
Obiecałem opisać pewną ciekawą tsubę. Kupiona u solidnego dealera jest dosyć ciekawym egzemplarzem - choć wydaje się pochodzić z XVIII lub nawet XIX wieku, mocno przypomina ko-katchushi. Jest bowiem bardzo cienka (2,5 mm w nakago ana), ma bardzo delikatną aplikację z metali kolorowych i atrakcyjny, zawijany brzeg (dote mimi). Na zdjęciach dealera wyglądała wspaniale - w rzeczywistości też okazała się wspaniała (robiona z tamahagane, widać jakość tego żelaza) ma też tekkotsu, ale niestety... po oczyszczeniu jej z cieniutkiej warstyw olejku czy wosku okazało się, że na płytce jest sporo rdzy. Wyszły też ślady przygotowania gruntu do zogan - to te delikatne nacięcia powierzchni w okolicy aplikacji (zdj. 2 i 3).
Poniżej zdjęcia: zdj. 1 pochodzi od dealera, zdj. 2 zrobiłem po zdjęciu olejku plus wstępnej obróbce kością, a zdj. 3 gdzieś w połowie pracy nad awersem (jest to nb skan. djęcie nr 2 wygląda dosyć strasznie, prawda? Obecnie tsuba jest już w lepszym stanie - awers został prawie całkowicie oczyszczony, pozostał jeszcze tylko rewers. Potem już tylko kilka miesięcy pocierania szmatką i dalsze kilka miesięcy żeby aplikacje ponownie spatynowiały. Mówiąc inaczej - doprowadzę ją z powrotem do stanu wizualnego takiego jaki widać na zdjęciu dealera :-) Po co zatem było zaczynać renowację, skoro tsuba będzie wyglądać tak samo jak na początku? Po to, aby niewidoczna, ale aktywna rdza nie zjadła tej tsuby i żeby mogły się nią cieszyć następne pokolenia miłośników nihonto (nb moja córka bardzo lubi i szanuje tsuby).
Nota bene na zdjeciach widac, że wyglądające całkiemi niewinnie wżery mogą zawierać sporą ilość aktywnej rdzy. Należy więc dopytać się o stan przed zakupieniem o stan tsuby.
Co do zdjęć - jak widać, jeśli się nie ma naprawdę dobrego skanera, to chyba lepiej korzystać z aparatu fotograficznego i robić zdjęcia makro.
Niedługo (czyli za jakiś rok ;-) napiszę o dalszej części prac i zamieszczę zdjęcia końcowego wyniku renowacji. Albo też sięgne do Photoshopa i tsuba będzie wyglądać znakomicie bez całego tego trudu ;-)
1. Tsuba na zdjęciu dealera
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...
2. Tsuba po testowej obróbce (zdj. makro)
kliknij zdjęcie żeby powiększyć...
3. Tsuba po pierwszej fazie obróbki (skan)
piątek, 16 października 2009
Pielęgnacja żelaznej tsuby. Cz. 2
W pierwszej części skończyliśmy na mrożonce i antrykocie... pora wyjaśnić skąd te kulinaria. Nic prostszego - jeśli odkryliśmy czerwoną rdzę, pierwszym etapem jej usuwania jest jej rozluźnienie, a to najłatwiej osiągnąć poddając tsubę działaniu niskiej temperatury. Przedtem jednak warto kupić kawałek wołowiny z piękną kością goleniową, dobrze wygotować i oczyścić kość, a następnie połupać ją na na różnej wielkości kawałki.
Aby rozluźnić czerwoną rdzę zanurzamy tsubę w wodzie i zamrażamy ją w zamrażarce, potem odmrażamy. Powtarzamy ten zabieg 3-4 razy, a następnie suszymy tsubę i przystępujemy do mechanicznego usuwania rdzy. W tym celu dobieramy różne kawałki kości i powoli, bardzo gruntownie (jednakże niekoniecznie mocno) obrabiamy kością poszczególne obszary dotknięte rdzą. Kość nie zetrze wartościowej patyny, usunie natomiast czerwoną rdzę. Ważne jest aby pracować nad tsubą cierpliwie i systematycznie - do jej oczyszczenia potrzebnych będzie wiele sesji. Do usunięcia rdzy z wżerów potrzebne będą małe, ostre kawałeczki kości i bendyktyńska cierpliwość. Oczyszczenie tsuby może zająć tygodnie, a nawet miesiące. Pamiętajmy aby w procesie czyszczenia nie pominąć krawędzi tsuby.
Po zakończeniu żmudnego procesu usuwania czerwonej rdzy tsuba niestety nie będzie jeszcze piękna i lśniąca szalchetną, starą patyną. Drobniutkie resztki czerwonej rdzy zawsze zostaną na powierzchni, tsuba będzie matowa i niezbyt ładna. Należy oprzeć się pokusie użycia oleju - olej co prawda nada tsubie lepszy kolor i błysk, ale to nie to samo co głęboki blask patyny. Ponato olej może tsubie w dłuższym terminie zaszkodzić, o czym piszę na samym końcu.
Teraz pora na to co, co znany kolekcjoner i koneser nihonto, R.B. Caldwell określił jako (w wolnym tłumaczeniu) "pieszczenie się" z tsubą. Bez obaw, nie ma tu podtekstów erotycznych, chodzi jedynie o to aby tsubę przy każdej możliwej okazji dotykać, obracać w dłoniach (uwaga, nigdy nie należy dotykać tsuby gołą dłonią - sól i kwasy na powierzchni skóry stymulować czerwoną rdzę) i pocierać czystą, bawełnianą szmatką. Caldwell do pocierania tsub używał nawet przymocowanego do blatu biurka kawałka dywanika, ale nie polecałbym tej metody ze względu na kurz i inne drobiny, które mogą kryć się w dywanie.
Tak więc każdą wolną chwilę spędzamy na obracaniu tsuby w dłoniach (co jest bardzo relaksujące) i jej pocieraniu szmatką. Sasano optymistycznie zauważa, że dobre efekty pojawiają się już po kilku latach ;-) Oczywiście my, ludzie Zachodu wymyśliliśmy drogę na skróty. Może nie wygląda to strasznie profesjonalnie, ale recepta ta polega na tym aby tsube nosić przez kilka miesięcy w kieszeni (uwaga: bez innch przedmiotów, zwłaszcza komórki lub kluczyków do samochodu). Efekt jest ten sam jak pocieranie szmatką, a dodatkowo lekko wilgotny mikroklimat odzieży może sprzyjać tworzeniu się pożądanej czarnej rdzy czyli patyny. Jest to nota bene recepta spójna z uwagą Sasano o wystawianiu tsuby na zewnątrz (o ile nie pada deszcz) - przyznam jednak, że ze względu na obecne zanieczyszcznie atmosfery polecałbym raczej kieszeń.
Uwagi końcowe: wszystko co napisałem odnosi się do tsub żelaznych! W żadnym wypadku nie należy traktować w taki sposób tsub z metalów kolorowych, gdyż skutkiem będzie ich zniszczenie.
Jedna kwestia pozostaje wszakże otwarta - co robić z żelazną tsubą, która ma aplikacje z metali miękkich (zogan)... Oczywiste jest, że noszenie takiej tsuby w kieszeni lub pocieranie jej szmatką zetrze patynę z tych aplikacji. Mosiądz czy miedź nabiorą blasku, a przecież wyglądałyby szlachetniej ze swą starą patyną.
Moja opinia na ten temat jest następująca - przy zachowaniu bezwzględnej ostrożności w pracy z kością (aplikacje są niekiedy bardzo delikatne i łatwo je naruszyć), warto jednak usunąć czerwoną rdzę i wydobyć patynę z żelaznej płytki tsuby, nawet jeśli kosztem tej operacji będą błyszczące i wyglądające jak nowe aplikacje. Pocieszam się, że aplikacje te z czasem też spatynowieją - wystarczy tsubę potrzymać kilka miesięcy poza mikroklimatem pudełka z paulowni (na marginesie: warto tsuby przechowywać w pudełkach z drewna paulowni - drewno wchłania wilgoć, a wewnątrz pudełka panuje suchy mikroklimat)
Jestem Wam winien jeszcze jedno wyjaśnienie - dlaczego należy unikać smarowania tsuby olejami. Otóż olej, mimo że teoretycznie chroni tsubę przed rdzą , w dłuższej perspektywie (kilku czy kilkunastu lat) sam może stanowić problem - Sasano pisze, że olej po pewnymczasie ulega oksydacji i pod jego powierzchnią mogą zachodzić procesy korozji. Nazywa nawet to zjawisko "rdzą olejową". Nie sposób lekceważyć takiego autorytetu jak Sasano, dlatego też sam unikam stosowania olejów czy też wosku. Być może jednak uwaga ta dotyczyła olejów roślinnych i mineralnych, nie wiadomo natomiast jak sprawa ma się w przypadku olejów syntetycznych... Chętnie wysłucham tu Waszych opinii, może wśród czytelników tego bloga znajdą się chemicy?
W następnym poście opowiem o moich doświadczeniach z usuwaniem czerwonej rdzy z kilku żelaznych tsub oraz o pewnej tsubie, która znajduje się obecnie w fazie czyszczenia kością. Oczywiście opublikuję jej zdjęcia - zdziwicie się, jak ładnie wyglądała na stronie dealera, a jak dużo rdzy miała pod swą lekko natłuszczoną powierzchnia. Sama tsuba jest zresztą bardzo gustowna i ciekawa... Mam nadzieję, że zaostrzyłem Wasz apetyt? Zatem do usłyszenia :-)
wtorek, 13 października 2009
Pielęgnacja żelaznej tsuby. Cz. 1
Każdy miłośnik tsuby zetknął się z zardzewiałą tsubą. I chyba każdego z nas bardzo kusiło, aby tę rdzę usunąć i przywrócić tsubie dawny "blask". Jak to zrobić? Jak zwykle, odpowiedzi jest kilka, ale zacznę od tego, co oczywiste: nigdy nie należy tsuby czyścić tak aby naruszyć patynę, która jest pod rdzą. Oznacza to absolutny zakaz używania materiałów ściernych, jak również, co chciałbym szczególnie podkreślić - chemikaliów. Chciałbym zakaz ten wyrazić w zrozumiałym nawet dla kogoś, kto niekoniecznie jest estetą argumencie: zlikwidowanie patyny oznacza drastyczny spadek wartości tsuby! I nie ma co się łudzić - domowe sposoby przywracania patyny nie przywrócą tsubie ani jej piękna, ani wartości.
Nie wnikając w chemię, przyjmijmy tu uproszczona terminologię (idąc za przykładem Sasano) - czerwona rdza to aktywne, "pożerające" żelazo tlenki stali (głównie trójtlenek żelaza), a czarna rdza to tetratlenek triżelaza, czyli magnetyt. Czarna rdza chroni tsubę przed korozją, czerwona rdza ją niszczy.
Czarna rdza jest wysoce pożądaną patyną - również z punktu widzenia estetyki; ma ona głeboki odcień: od czerni poprzez ciemny brąz aż do purpury. Tsuba z dobrą patyną to przedmiot, który każdy kolekcjoner powinien zobaczyć i starannie przestudiować - jej wewnętrzny, głeboki blask różni się zasadniczo od martwego połysku jaki daje tsubie warstwa oleju czy też wosku. Dlaczego nie należy (z wyjatkiem nielicznych przypadków) polegać ani na oleju ani na wosku wyjaśnię za chwilę.
Co zatem zrobić gdy nasza tsuba ma na powierzchni rdzę? Najważniejsza uwaga: nie mylić rdzy z patyną! Wielu kolekcjonerów w swej nadgorliwości usiłuje "odnowić" tsubę - z reguły z opłakanym skutkiem. Najlepiej zastosować zasadę, że w razie wątpliwości należy po prostu zostawić tsubę w spokoju. Jeśli jednak faktycznie widzimy czerwoną rdzę, to stosujemy drugą zasadę: nie spieszyć się! Tsuba z pewnością nie zmieni się w kupkę rdzy w ciągu kilku miesięcy czy nawet lat, a nadmierny pośpiech i wszelkiego rodzaju metody "na skróty" mogą doprowadzić do uszkodzenia tsuby. Pamiętajmy - patyna stanowi dużą część wartości tsuby, a im jest starsza, tym piękniejsza.
Zacznijmy od zakazów. Do usuwania czerwonej rdzy nie używamy nigdy:
- szczotek metalowych
- papieru ściernego, czy innych materiałów ściernych
- narzędzi wykonanych z jakiegokolwiek, nawet miękkiego metalu lub stopu (np. miedzi czy mosiądzu)
- plastiku
- kwasów lub innych chemikaliów
- oleju jakiegokolwiek rodzaju (z pewnymi wyjątkami)
Rozpoczynamy konserwację. Osoby ze słabszymi nerwami proszę o zażycie jakiegoś środka uspokajającego, bo to co zobaczymy będzie naprawdę przerażające. Nasze pierwsze zadanie to oczyszczenie tsuby z różnych niepożądanych "dodatków", takich jak tłuszcz, wosk, herbata, kawa, brud czy też (niestety to też się zdarza) pasta do butów. A zatem staranie myjemy tsubę w ciepłej wodzie z dodatkiem zwykłego mydła. Na tym etapie nie musimy wybierać mydła - wystarczy zwykłe toaletowe. Nie używamy szczotek, chyba że czystej, nigdy nieużywanej szczoteczki do zębów (w starej mogą być cząsteczki pasty do zębów). Alternatywnie (a można też dodatkowo) gotujemy tsubę w emaliowanym naczyniu w wodzie destylowanej (lepiej, żeby minerały obecne w zwykłej wodzie nie osadzały sie na metalu). Wyjmujemy tsubę z kąpieli i... klniemy w żywy kamień, że posłuchaliśmy tego nieodpowiedzialnego idioty, który doradził nam taki sposób konserwacji!
Tsuba (o ile nie była przedtem w świetnym stanie) powinna teraz wyglądać wprost okropnie. Trzymamy bowiem w ręku nie piękny element oprawy japońskiego miecza, ale pordzewiałą, żelazną płytkę, matową i... bardzo, ale to bardzo brzydką. Na taki widok można się rozpłakać, nie będzie wstydu.
W dalszej części tego swoistego manuala konserwacji tsuby dowiemy się dlaczego tsuba lubi bawić sie w mrożonkę i dlaczego warto kupić u rzeźnika antrykot. Do usłyszenia :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





